You Tube >> Kanał e-przemek.pl

Policyjny emeryt na wakacjach

wtorek, 26 lipiec 2011 00:02 Written by  Wojtek Ł.

x7, albo jak kto woli, do siedmiu razy sztuka! Wtajemniczeni wiedzą, że chodzi o moje wyjazdy do USA. Tak, tak! To już siódmy raz i jak każdy poprzedni miał być..., tzn. miał się rozpocząć jak zwykle: długa, to długa, ale spokojna zakończona szczęśliwie podróż,  a następnie krótka odprawa paszportowa na amerykańskim lotnisku. Stało się inaczej...  Sam start w Warszawie, opóźnił sie z powodu jakiejś głupiej awarii taśmy do odbioru walizek.  Wydawało się, że obędzie sie bez falstartu. Niestety.. 50 minut w plecy. Wcześniej też bywały opóźnienia, ale jakoś w powietrzu udawało się je nadrobić przed lądowaniem. Tym razem było inaczej!!!

Kilka razy w powietrzu trzęsło nami wyjątkowo mocno, czyli jakieś duże turbulencje, które przeżywałem jak nigdy, ale spoko piszę więc nic się po drodze nie wydarzyło. Wszelkie niedogodności w locie wynagrodziła mi pogoda, było ślicznie długimi godzinami, bezchmurnie. Siedziałem przy oknie i gdy tylko byliśmy nad jakimś lądem wyglądałem przez okno podziwiając to i owo. Śliczny jest ten kawałek Long Island z powietrza. Lądowanie było też nieudane, z podskokiem, a pilot i tak dostał brawa od części polskich pasażerów, ale to takie.... a co ja będę gadał. No i odprawa na JFK w Nowym Jorku... Boże tłum ludzi w kolejce, od razu szacuję w przybliżeniu czas stania i myślę o godzinie, może ciut dłużej. Nie pomyliłem sie, stałem godzinę z minutkami , aż zostałem przywołany przez oficera służb emigracyjnych. Wspomnę tylko, że przede mną w kolejce do tego samego okienka stała śliczna młoda dziewczyna, także Polka, i jej odprawę oglądałem z zaciekawieniem. Była krótka i rzeczowa, tylko palce prawej ręki zostały zeskanowane, z reszty pan oficer zrezygnował i przypieczętował rozmowę wbiciem w paszport wizy. Podchodzę ja... podaję swoje dwa paszporty, bo w nieważnym paszporcie mam aktualną wizę, no i stąd drugi paszport. Miły pan skanuje tylko prawą rękę i rezygnuje ze skanu pozostałych paluszków. Ja w siódmym niebie, ze zaraz będzie po wszystkim, a on z uśmiechem na ustach do mnie tak: „Dlaczego to już siódmy raz (pokazuje mi pieczątki w paszportach) przyjeżdżam do Stanów w celach zarobkowych?” Szok! Ręce mi opadły i nie wiem co mu gadać. Uśmiecham się, robie chyba inne śmieszne i głupie miny, tłumacząc moją "nieskazitelna" angielszczyzna, że w żadnym wypadku do pracy. Jestem emerytem policyjnym i przyjeżdżam tutaj wyłącznie na wakacje, w celach relaksacyjnych i jako rencista, zdrowotnych. Popierd... biurokrata do mnie w te słowa, ze jak ja byłem policjantem, to nie powinienem go kłamać. Każe mi patrzeć w te jego cwane oczka i mówić tylko prawdę, a jak ja będę prawdomówny i powiem, do kogo przyjeżdżam pracować, albo tylko mu powiem ile on mi płaci, to wtedy on na pewno mi pomoże i być może nawet wpuści mnie ponownie. I tak w kółko, on swoje ja swoje, że urlopuję, dużo pływam w "góralowym" basenie, na jego ślicznej łódce, a jeszcze więcej pływamy po oceanie wędkując, a nawet wyławiając z niego rekiny. On robi się zły, ja coraz bardziej zdenerwowany, czego oczywiście nie przegapił mój rozmówca, i zadowolony mówi, że mi się ręce trzęsą. Nie chciałem mu dokładnie tłumaczyć, że nieraz sie tak trzęsą i to nie koniecznie przez niego akurat. Wreszcie dotarło do niego, po kilkukrotnym moim nacisku, że go nie rozumiem, chociaż on uparcie wpierał we mnie, że go jednak doskonale rozumiem. Naprawdę nie rozumiałem w pewnych momentach już nic. Złość, wściekłość, strach, wstyd, nie wiem co jeszcze, doprowadziły do tego, ze zacząłem sie pocić i faktycznie chyba trząść, ale cały, nie tylko ręce. Poszedł sobie, a ja przy okienku jak palant. Żeby to było na dworcu w Warszawie chyba bym uciekł, a tutaj gdzie?

Wraca, zadowolony bo prowadzi ze sobą śliczna, młoda, kobietkę w mundurze służby emigracyjnej, której identyfikator brzmi "Kowalczyk". A jak, przyprowadził tłumacza, tłumaczkę. Ona znowu to samo, tylko bardziej wyraziście i zrozumiale wpiera we mnie, ze przyjechałem tutaj do pracy, pyta, do kogo, za ile pracuje itd., itp. Była chyba jeszcze wredniejsza od tego młokosa, który mam sie przysłuchiwał jak Marsjanom, i uśmiechał się tak jakoś dziwnie. Głupek, może sobie myślał, że taka ładna dziewuszka jak pani Kowalczyk wskóra coś więcej niż on. Wariat czy co? Gdy ona zdała mu relację, że nic z tego, że jestem uparty, albo twardy (jak kto woli), wściekł się, zauważyłem. Wyszedł ze swojej klatki i poprosił mnie do biura na dalszą kontrolę i przesłuchanie. Ho,ho, cieplutko mi się zrobiło. Idę za nimi, do jakiegoś pomieszczenie, które wyglądało jak poczekalnia w banku, albo jak pomieszczenie w ambasadzie USA, gdzie otrzymujesz wizę. Usiadłem i czekam. Dosiadł się do mnie po chwili (tzn. przyprowadzili go) Antoni Nowacki, jak się później przedstawił. Jak to dwaj Polacy na obczyźnie, szybko sie dogadaliśmy. On był trochę podchmielony, co mi w ogóle nie przeszkadzało, albo powiem szczerze wtedy żałowałem, że też nie wypiłem czegoś w samolocie. Byłoby może trochę lżej. Pan Antoni uspakajał mnie i powiedział, że mnie to puszczą, bo nie mają podstaw, żeby mnie deportować... Hmmm, ok,  myślę sobie. On za to był pewny deportacji, bo przebywał w USA 23 lata i rok temu dopiero wrócił do kraju, a dzisiaj wybrał się do syna w odwiedziny, z nową wizą, a jak. Po jakimś czasie przyszła do nas Pani, przedstawiła się, że jest przedstawicielka naszego LOT-u, i mówi, ze nasze bagaże czekają już na boku taśmy nr 8, gdyż wszystkie pozostałe zostały odebrane. Ok, myślę sobie. Bo w walizce miałem dla kolegi kilka gałązek porzeczki i dwie torebki z nasionami lubczyku, co okazuje się nie było zgodne z prawem celnym, bo jest taki pkt., który zabrania przewozu takich rzeczy. Ta sama miła Pani zapytała mnie, czy ktoś czeka na mnie na lotnisku i czy kogoś powiadomić, na co oczywiście przytaknąłem i poprosiłem o powiadomienie kolegi Roberta. Po jakimś czasie, kiedy to już pan Antoni był na przesłuchaniu przyszła wcześniej wymieniona pani z LOT-u z moją walizką i powiedziała, że musi ona być tutaj, bo na pewno będzie kontrolowany bagaż, gdyż jestem przewidziany do deportacji!!!!!!!! O, kur..., myślę, fajnie. Nie dość ,że deportacja, to jeszcze będzie mandat za te durne nasionka. Prawie w tej samej chwili jeden z urzędników emigracyjnych poprosił "Panią z lotu" żeby była tłumaczką i zawołał mnie do okienka. Parę standard-pytań, czyli do kogo, po co, i dlaczego tutaj przyleciałem, ale bez żadnych nacisków ze swojej strony. Jak mu się wygadałem, że byłem policjantem, zapytał, czy mam jakikolwiek dokument mogący poświadczyć ten fakt. A co, mam ze sobą legitymacje IPA i emerytalną. Wyjąłem portfel, poprosił o cały portfel i zaczął go sobie przeglądać. Oddał mi wszystkie pieniążki, polskie i dolary i ogląda wizytówki, karty płatnicze, ww. legitymacje, zdjęcia moich dzieci i taki jakiś spokojny z uśmiechem na ustach mówi, że mnie wpuszcza na pół roku, ale prosi żebym sobie przypadkiem nie przedłużył pobytu. Wow, myślę sobie i szybciutko po wsteplowaniu wizy zabieram paszport i zbieram portfel. Za walizkę i w nogi, bo przede mną jeszcze celnicy. Zakręciłem sie miedzy ludzi, żeby nie było widać skąd przed chwila wyszedłem i do wyjścia. Udało się bez kontroli bagażu. Na zewnątrz czekał znudzony i zdenerwowany Robert, a mnie bardzo, bardzo chciało sie palić. Podszedłem do jakiegoś Ruska i poprosiłem o fajka. Nie miał niestety albo nie chciał dać, skubaniec, bo na moich oczach kipowal peta. Nie zapaliłem, nie palę i chyba się cieszę, że tak właśnie się stało.

Co przeżyłem to przeżyłem. Nikomu nie życzę podobnych wrażeń. Okupiłem to potwornym bólem całego brzucha i stresem, który dopiero w domu rozładowałem NoSpa i kieliszkiem czystej wódki. Mam nadzieję, że wena mnie nie opuści i będę miał chęć popisac jeszcze, a jak tak, to na pewno sie jeszcze odezwę.{jcomments off}

Powered by JS Network Solutions