You Tube >> Kanał e-przemek.pl

Francja, region Lot 2010

czwartek, 28 październik 2010 06:46 Written by 

23 czerwca, region Lot, Francja, jaskinia Source de Truffe. Po kilku dniach ulewnych deszczy i paskudnej pogody wspólnie z Tomkiem mamy nadzieję na normalnego nura bez konieczności walki z prądem i przeciwnościami losu. Nurkowanie jest w pełni zaplanowane, celem jest osiągnięcie końca drugiego syfonu, co nie powinno być trudne ze względu na wysoki stan wody. Przy jaskini panuje względnie duży ruch, francuska ekipa telewizyjna kręcąca film o jaskiniach, „guru” z GUE z grupą rozprawiający o „...psychological aspects of cave diving...”. Spieszymy się, żeby wejść jako pierwsi i obejrzeć jaskinię w swojej porannej świeżości. Po przygodach, jakie mieliśmy poprzedniego dnia, polegających na konieczności powrotu z 230 m penetracji bez widoczności (w kompletnej ciemności, inaczej, bez latarek), byliśmy pewni, ze nic gorszego w jaskini się zdarzyć nie może. Pełen luz. Postanowiliśmy także poprawić poręczówkę (taką nitkę Ariadny, która pozwala na bezpieczny powrót z czeluści jaskini), która mogła dzień wcześniej zostać naruszona. W jeziorku, w trakcie briefingu przed nurkowaniem, okazało się, że chochlik jaskiniowy, o którym dużo mówił Majki zaczął działać i porozłączał co niektóre elementy naszej konfiguracji. Na szczęście udało się nam to zauważyć.

  

Konfiguracja NTEC, która między innymi polega na zdublowaniu krytycznych elementów, dawała nam względny spokój, że pomimo działalności chochlika, będziemy w stanie opanować sytuację, a nurkowanie zakończy się sukcesem. No cóż, byliśmy gotowi. Jaskinia, jak to jaskinia – piękna Pani. Poszliśmy, Tomek przodem. Wejścia do jaskini broni zacisk (miejsce, gdzie trzeba się ostro napracować, żeby się przecisnąć), nie taki straszny, jak słyszałem, ale dający dużo do myślenia... prawdopodobnie w kategoriach „...psychological aspects of cave diving...” , bo jak się później okazało, żołnierze  pod nadzorem „guru” z GUE nie wbili się do środka (czytaj: nie przecisnęli się przez dziurę). Tomek naszą poręczówkę, do poręczówki stałej, poprowadził bezbłędnie, jak się później okazało miało to uratować nasze życie, a co najmniej moją głowę przed siniakami. Popłynęliśmy w głąb jaskini bacznie obserwując, czy stała poręczówka nie została wczoraj zanadto uszkodzona. 50m, 100m, 150m, marker-strzałka (oznaczenia na nitce Ariadny pozwalające zorientować się, gdzie jest wyjście z jaskini, także bez światła) –wszystko do tej pory przebiega bez zarzutów. Komunikacja światłem (nurkowie pod wodą nie moga rozmawiać i dają sobie różne znaki światłem), zarządzanie gazem, wizura (czytaj: widoczność) – wszystko w najlepszym porządku. Zrelaksowani bezproblemowym przebiegiem akcji przemieszczamy się w dalsze partie jaskini . Po drodze mijamy ekipę telewizji francuskiej, kręcącej film o nurkowaniu jaskiniowym razem z przedstawicielem bazy Andre, u którego się rozbiliśmy. Przez chwilę nawet miałem nadzieję, że sfilmują nas prawdziwych herosów tego pięknego sportu. Na 180 m jaskinia zaczyna się poważnie przewężać, a po głowie zaczynają chodzić myśli, co się stanie, jak coś się stanie... Na metrze 240 osiągam minimum gaz (ilośc gazu w butli, przy którym bezwzględnie trzeba zacząć powrót z jaskini) i zarządzam powrót. Tomek bez słowa akceptuje moje żądanie, zmieniamy szyk, teraz ja płynę pierwszy i....... Zaczynają się dziać rzeczy, które nigdy nie powinny się przydarzyć. Jak wcześniej wspomniałem, nasza konfiguracja dawała nam podstawę do zachowania względnego spokoju ducha. Teraz wszystko zaczęło się komplikować. Na 230 m od otworu szlag trafił moją latarkę. Sięgając po latarkę zastępczą, a powinienem ich mieć dwie, z przerażeniem stwierdziłem, że u mego boku nie dynda żadna z nich. Mój problem zauważył Tomek i użyczył mi jednego ze swoich zapasowych źródeł światła. Przyświecając sobie latarenką w ciemnej jak dupsko jaskini niczym zapałką na ciemnej ulicy brniemy w kierunku wyjścia. Emocje powodują, że przyspieszamy tempa. Tomek wpada mi pod płetwę, dostaje nią w czapkę i gubi maskę. Jak przystało na prawdziwego nurka technicznego sygnalizuje mi ten fakt i zakłada maskę backupową (zastępczą). Za chwilę to samo przydarza się mi, w zderzeniu z wystającym kamieniem w jaskini. Podobnie jak Tomek korzystam z maski zapasowej przechowywanej w lewej kieszeni suchacza (suchy skafander nurkowy). Podczas jej wyciągania wypada mi zapasowy kołowrotek i zaplątuje nas do poręczówki. Sprawnie usuwamy awarię i zdecydowani jak najszybciej zakończyć nurkowanie dalej drzemy w kierunku otworu (tak nam się przynajmniej wtedy wydawało). Nagle.. nie! Do wszystkich garbatych Troli jaskiniowych, nie możliwe – w całym zamieszaniu gubię małą świecącą bździnę, a Tomek ładuje HIDem (duża latarka nurkowa) w ścianę jaskini, a ta gaśnie. Zostajemy z ostatnim świecącym małym ołówkiem Tomka. Na szczęście odpala. Trzymając ile sił poręczówki, plus dodatkowo Tomek mojej nogi napieramy dalej do wyjścia. Żarty się skończyły, a limit pecha chyba się wyczerpał. Otóż nie! Na 150 m od otworu (sam nie wiem, dlaczego zapamiętałem ten marker) zły chochlik, o którym wspominał Michał zdziera ostatnią maskę Tomkowi i urywa sprężyny w naszych płetwach. Tomek przytomnie przekazuje mi latarenkę. Zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie. Niczym kosmonauci Armstrong z Hermaszewskim w zwolnionym tempie podskakujemy, obijamy się o siebie, podciągamy się, robimy fikołki. Wszystko po to żeby przeżyć. Bez płetw, z jednym małym światłem, Tomek bez maski docieramy do dna syfonu. Po spojrzeniu w górę wzdłuż poręczówki uchodzi ze mnie na chwilę powietrze. Jest to jedyny moment, kiedy zazdrościłem trzymającemu się mojej nogi Tomkowi, że nie ma maski i nie widzi co nas czeka. Wysoki na 10 m w górę tunel z płaskimi ścianami bez możliwości podciągnięcia się. Skaczemy, pompujemy skrzydła (worki, dzięki którym można sterować zanurzeniem i wynurzeniem), bijemy głową w sufit. Po kilku minutach walki „stabilizujemy” nasze pozycje na górze syfonu i znów włączamy trzeci bieg. Ciągnąc się rękoma za wystające elementy na spągu (dno) jaskini przebywamy kilkanaście lub kilkadziesiąt netrów i ....fuck, nie! Gubię swoją ostatnią maskę. Już mi nie potrzebna latarenka, bo i tak nic nie widzę. Nie widzę także żadnej poświaty oznaczającej bliskość otworu wyjściowego. Ściskam poręczówkę, jak się później okazało, do krwi, klepię Tomka i zaczynamy dalszy etap walki o życie.

Po poręczówce docieramy do naszego kołowrotka, co po raz kolejny podnosi nam adrenalinę i co oznacza względną bliskość otworu. Wymacałem drogę powrotu, mając na uwadze zacisk zacząłem planować ułożenie ciała na wyjściu. Chochlik jaskiniowy jednak nie spał. To co się wydarzyło w tym momencie przekroczyło moje najśmielsze wyobrażenia o tym, jak wszystko może pójść nie tak. Nie było już sensu pokazywać Tomkowi sygnału „out of gas” ("nie mam powietrza w butli"), bo i tak nic nie widział. Po wciągnięciu ostatniego haustu powietrza z węża, wiedząc że jestem blisko wyjścia, czując żwir pod kolanami, zdecydowałem dać dyla na powierzchnię. Jedyną przeszkodą, jaka stała na mojej drodze była restrykcja (inaczej zacisk), w którą wycelowałem bodajże za czwartym razem, obtłukując swoją łepetynę o wszystkie sąsiadujące z nią kamienie. Na powierzchnię jeziorka bulbnąłem jak bojka łapiąc zbawienne powietrze. Mając nadzieję, że chochlik nie spowodował u Tomka braku gazu, gdyż nawet będąc na dole nie byłbym w stanie pomóc, oczekiwałem jego powrotu na powierzchnię. Wynurzył się po kilkunastu sekundach. Przeżyliśmy. To jest nurkowanie!

Całe szczęście, że był to tylko realistyczny, aczkolwiek nie powiem, że niestresujący, scenariusz , jaki  przewidział Hitchock-Majki na egzamin dla swoich kursantów.

Za chwilę planowaliśmy następne nurkowanie, bo szkoda nam było tak miło rozpoczętego dnia.

Oczywiście komentarze od postronnych obserwatorów były różne, począwszy od pytania, „czy trenujemy?” do dosyć dobitnego podsumowania „you are f...ing crazy” (niestety, nie znam angielskiego i nie wiem, co to znaczy).

Ekipa telewizyjna kręcąca film o nurkowaniu widząc dwóch nurków-kosmonautów podskakujących w jaskini bez masek, światła i płetw zdębiała. Zdębiała jeszcze bardziej widząc wyłaniającego się z zza zakrętu Majkiego z zakrytą dłonią latarką. Nie wiedząc, co się dzieje zaczęła nam oferować maski, czego z oczywistych powodów nie byliśmy w stanie zauważyć. Bezlitosny Majki jednak nie wyraził zgody na pomoc.

W momencie, kiedy udało się nam „ustabilizować” po dotarciu do górnej części syfonu, według relacji Majkiego, dostaliśmy takiego przypływu mocy w dłonie, bo płetw nie mieliśmy, że nawet on ledwo za nami mógł nadążyć i być może to nas ustrzegło przed kilkoma dodatkowymi działaniami chochlika.

Generalnie cała wyprawa bogata była w kolejne przełomowe wydarzenia. Już pierwszego dnia Ryś zaciągnął mnie do końca 3 syfonu w Truffe. Robert z Tomkiem pokonali również czwarty syfon, spędzając cały dzień w jaskini o jednym roztopionym batoniku. W tym czasie Majki z Margitą, których samochód został zastawiony przez nieświadomych kolegów, mieli dużo czasu na przygotowanie scenariuszy nurkowań na kolejne dni. Na wyjeździe padł również jaskiniowy święty Gral (by Ryś i Robert), dotychczas niedostępna Doux de Coly – chłopaki nie zrobili oczywiście całego 5 km syfonu, jedynie ok. 500m , głębokość 58m. Ryś z Robertem zanurkowali w 3 nowych jaskiniach, poza w/w Coly, w Marchepied (2 nurkowania) – hit wyjazdu, jaskinia ciasna na wejściu, dostępna tylko w konfiguracji sidemount, dotarli do drugiego syfonu ok. 900m od wejścia na głębokość 43m, bardzo dobra widoczność. Resurgence de Cregols – prawdziwa akcja jaskiniowa z wciąganiem butli 4-5m pionowym kominem za pierwszym syfonem i naprawdę ciężkim transportem sprzętu do drugiego syfonu podziemną rzeką – osiągnięta odległość ok. 250 m w drugim syfonie, głębokość 51m.

Dodatkowo udało się zlokalizować otwory 2 nowych jaskiń - L'Oeil de la Doue i GROTTE DE L'OULE. Ryś z Robertem w Trou Madame zrobili ponad 2100m od wejścia z przygodą polegającą na zalaniu w najdalszym punkcie skutera Roberta i powrocie „z buta”. W drodze powrotnej podsumowaliśmy z Rysiem wyjazd nurkowaniem w Source du Doubs na dnie syfonu podziwiając kontynuujący się poziomo korytarz na głębokości 50+ m. Ryś stanowił główną atrakcję turystyczną tego miejsca i udzielił wywiadu kilku bardzo zainteresowanym turystom z całego świata.

Nurkowaliśmy jeszcze w Landenouse, Ressel (wspólnie z Tomkiem do zakończenia szaftu – 450 m penetracji, 46 m głębockości), St. Sauver i St Georges. Pierwszego dnia nurkowania, w trakcie silnych prądów St. Sauver nie chciała nas wpuścić, ale poddała się dnia piątego. Padło też wiele osobistych rekordów Margity i moich, ale szczególnie w swoim przypadku nie będę ich tu przytaczał, bo wyglądają mizernie w kontekście osiągnięć naszych „napieraczy”.

Między nurkowaniami udało nam się tradycyjnie zjeść mule i wypić sporą ilość wina. Jedna z osób opróżniła cały barek piwa u Andre (24 puszki, po 1 euro sztuka).

 

Listo odwiedzonych jaskiń:

  • Fontaine du Truffe
  • Fontaine de Saint Georges
  • Emergence du Ressel
  • Le Trou Madame
  • Source de St-Sauveur
  • Source de Landenouse
  • Source du Doubs

Trochę galeryjek ----->Pokazuję język

Zdjęcia: Margita Ślizowska, Ryś Deneka, Przemek Głębocki

Oto kilka filmów z tego wypadu. Dla cierpliwych, w sumie trwają około 30 minut. Zawsze można je troszeczką "popchnąć". Na pewno polecam dobrą muzykę... Miłego oglądania. Pierwszy odcinek jest o szukaniu jaskiń. Tu trzeba cierpliwości :)

Media

Joomla Social Extensions